Poland
This article was added by the user . TheWorldNews is not responsible for the content of the platform.

Wypadek na A1 pokazał hipokryzję władzy. "Ludzie mają dość wariatów, którzy zabijają"

Wystąpił problem z uruchomieniem strony. Zainstaluj nowszą przeglądarkę

Dopiero po blisko dwóch tygodniach od śmierci rodziny w płomieniach na A1 prokurator generalny Zbigniew Ziobro zapowiedział, że kierowca BMW, który uczestniczył w zdarzeniu, usłyszy zarzuty. Tuż po wypadku nie został nawet zatrzymany. Internauci oburzeni niezbornymi działaniami organów państwowych ruszyli z własnym śledztwem. To oni wykazali, że Kia, którą podróżowali Martyna, Patryk i ich 5-letni syn Oliwier, nie wbiła się w bariery energochłonne z "nieustalonych przyczyn", tylko że najechało na nią inne auto. Wypadek w Sierosławiu komentuje dla naTemat Bartosz Józefiak, autor książki "Wszyscy tak jeżdżą".

Dopiero po blisko dwóch tygodniach od śmierci rodziny w płomieniach na A1 prokurator generalny Zbigniew Ziobro zapowiedział, że kierowca BMW, który uczestniczył w zdarzeniu, usłyszy zarzuty. Tuż po wypadku nie został nawet zatrzymany. Internauci oburzeni niezbornymi działaniami organów państwowych ruszyli z własnym śledztwem. To oni wykazali, że Kia, którą podróżowali Martyna, Patryk i ich 5-letni syn Oliwier, nie wbiła się w bariery energochłonne z "nieustalonych przyczyn", tylko że najechało na nią inne auto. Wypadek w Sierosławiu komentuje dla naTemat Bartosz Józefiak, autor książki "Wszyscy tak jeżdżą".

Chcesz czytać naTemat.pl bez reklam i personalizować portal? Załóż konto 'Twoje naTemat'

Anna Dryjańska: Co pomyślałeś, gdy zobaczyłeś nagranie wypadku na A1?

Bartosz Józefiak: Jestem przerażony straszną śmiercią tej rodziny. Nie chcę przesądzać, czy kierowca BMW jest winny, a jeśli tak, w jakim stopniu. Jednak bez względu na to, czy przyczynił się do śmierci rodziny w Kii, czy nie, to nie jest normalne, że ktoś śmiga po autostradzie z 250 km/h na liczniku.


Zbigniew Ziobro mówi, że to było co najmniej 253 km/h, podczas gdy ten model BMW nie jest produkowany z opcją osiągania takiej prędkości.

Istnieje cała subkultura młodych mężczyzn, którzy nielegalnie przerabiają samochody tak, by na jezdni osiągały znacznie więcej, niż fabryka daje. Poznałem wielu takich chłopaków podczas zbierania materiałów do książki. To zazwyczaj mechanicy lub kumple mechaników. Nie zdziwiłbym się, gdyby kierowca BMW należał do tej grupy, mimo że ma 31 lat.

Dlaczego "mimo"?

Bo w tym środowisku byłby seniorem. Typowy fan szybkiej jazdy to późny nastolatek lub dwudziestoparolatek. Jest szpanerem, zawrotną prędkością chce zaimponować swoim kolegom lub dziewczynom.

Jednak nawet kierowcy w średnim wieku mają zwyczaj przekraczać maksymalną dozwoloną prędkość o kilkadziesiąt, a czasem nawet ponad 100 kilometrów. 

Jedna grupa to tacy, którzy są w wiecznym niedoczasie, ciągle się spieszą. Druga to faceci, którzy ostro rywalizują w pracy i przenoszą tę wolę walki na drogę. Wykonują agresywne manewry, gwałtownie pospieszają kierowców, którzy prowadzą zgodnie z przepisami. Tłumaczą, że robią tak od dwudziestu lat i nie mieli żadnego wypadku, bo jeżdżą "szybko, ale bezpiecznie". Tak jakby to był jakiś argument. Gdy zabiją kogoś na drodze, to nie będzie miało żadnego znaczenia.

Do tego czasu będą żyć w przekonaniu, że wypadki powodują inni, gorsi kierowcy. Będą się oszukiwać, że oni jeżdżą bezpiecznie, bo przekraczają limit prędkości "tylko" o 20 kilometrów, a nie 80, choć sami drastycznie obniżają szanse pieszego na przeżycie. Będą się łudzić, że jeżdżą bezpiecznie, bo pędzą na trzeźwo, a nie po pijanemu. To trzeźwi kierowcy odpowiadają za lwią część ofiar na drogach.

Internauci nazywają kierowcę BMW "mordercą".

Jeszcze raz: nie chcę przesądzać, jak było w tym przypadku. Od tego są niezależne organy państwa. Jednak widzę, że w Polakach zachodzi jakaś zmiana. Ludzie mają już dość wariatów, którzy zabijają na drogach.

Popatrz, jak wielkie oburzenie wywołał niedawno wypadek chłopaka, który pruł przez Kraków ponad 100 kilometrów szybciej, niż pozwalają przepisy. Teraz ludzie są wściekli z powodu okrutnej śmierci rodziny, która jechała Kią. Czemu kierowcy zabijają pieszych i innych kierowców, pędząc dwa, trzy, a nawet cztery razy szybciej, niż pozwala limit?

Czemu?

Bo mogą!

Sam fakt istnienia tego limitu wskazuje, że nie mogą.

Teoretycznie tak, ale w praktyce nikt tego nie egzekwuje! I tak mamy ulice zapełnione wyznawcami kultu szybkiej jazdy, którzy trąbią i poganiają innych kierowców światłami, wjeżdżają im na tyłek, mają w nosie przejścia dla pieszych, a o bezpiecznym odstępie ostatni raz pamiętali podczas kursu na prawo jazdy.

Potem, jak kogoś zabiją lub okaleczą, obwiniają ofiarę. Wymówki są naprawdę absurdalne. Wiem, bo rozmawiałem ze sprawcami śmiertelnych wypadków na drodze. Winny jest zawsze kierowca innego auta, który dla odmiany nie łamał przepisów, albo pieszy, który spacerkiem "wtargnął" na przejście w terenie zabudowanym.

Ludzie nie są ewolucyjnie przystosowani do tego, by zdążyć zareagować, gdy w ułamku sekundy wpada na nich samochód z prędkością ponad stu czy dwustu kilometrów na godzinę.

Co proponujesz?

To, co sprawdziło się na zachodzie Europy, gdzie zresztą polscy kierowcy w magiczny sposób potrafią jeździć wolniej i bezpieczniej. To muszą być przeszkody w rozpędzaniu się przemyślane już na poziomie infrastruktury. I nie chodzi tylko o znaki, ale przede wszystkim o fotoradary, wyniesione skrzyżowania i przejścia dla pieszych.

Przydałoby się też więcej patroli policyjnych, bo możliwości grupy Speed – mimo dobrych chęci – są bardzo ograniczone. Bez tych przeszkód kierowcy nadal będą pędzić i zabijać na drogach.

W krajach, gdzie kultura jazdy jest wyższa niż w Polsce, w prawie jest coś takiego jak zabójstwo drogowe. Bo jeśli wsiadasz do kilkutonowej maszyny i pędzisz z zawrotną prędkością między ludźmi, budynkami czy pomiędzy innymi autami, nie widząc, co się dzieje dookoła, to znaczy, że powinieneś brać pod uwagę, że możesz kogoś zabić.

Tymczasem w Polsce nawet przypadki skrajnej nieodpowiedzialności kierowców są traktowane w kategoriach pecha, nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Za wypadek ze skutkiem śmiertelnym można dostać najwyżej osiem lat.

Dlaczego Polska nie wzięła przykładu z Europy?

Bo wariaci drogowi to także wyborcy. Teraz Ziobro pochyla się nad wypadkiem na A1, ale co robi rząd, którego jest członkiem? Cofnął swoją zmianę – dobrą zmianę – która zakładała, że kierowcy mogą wyzerować punkty karne za łamanie przepisów dopiero po dwóch latach. PiS w kampanii wyborczej zarządził powrót do starego prawa, które przewiduje, że piratom wystarczy rok. To porażająca hipokryzja władzy.

To także PiS nie przekazuje wystarczających środków na fotoradary. Mamy ich sześć razy mniej niż w Niemczech! To znaczy, że w praktyce łamanie przepisów na drodze – a więc narażanie czyjegoś zdrowia lub życia – jest bezkarne. Tylko dlatego, że robi się to za pomocą samochodu.

Ale tu chcę zaznaczyć, że każda ekipa ma swoje za uszami. Wcześniej to Platforma odebrała gminom możliwość stawiania fotoradarów. To był moment, gdy wyznawcy kultu szybkiej jazdy znowu zaczęli sobie urządzać wyścigi przez środek miast, miasteczek i wsi.

Nienawidzisz kierowców?

Musiałbym sam siebie nienawidzić, bo rocznie robię autem 30-40 tys. kilometrów. Mam dość piratów, którzy stanowią śmiertelne zagrożenie dla innych uczestników ruchu. I dość zaczyna mieć także społeczeństwo.

Są tacy internauci, którzy nie popierają, ale rozumieją zachowanie kierowcy BMW, bo Kia – według nich – była zawalidrogą. Przyznają, że sami szybko podjeżdżają, błyskając światłami.

Przerzucanie winy ze sprawcy na ofiarę także w tej dziedzinie trzyma się mocno, ale bardzo mnie cieszy, że coraz częściej spotykają się z kontrą. Kończy się przyzwolenie dla piratów. I bardzo dobrze.

Czytaj także: https://natemat.pl/513418,wypadek-na-a1-pod-piotrkowem-tak-mial-zachowywac-sie-kierowca-bmw