Poland
This article was added by the user . TheWorldNews is not responsible for the content of the platform.

Nauczycieli nie ma i nie będzie

Przy pierwszym zleceniu były silne emocje. Jechałem po ciało w napięciu. Zresztą dotąd, jak jadę, to zawsze trochę niepewny, bo nie wiadomo, w jakim stanie będą zwłoki. Wtedy to była starsza osoba, śmierć spokojna, w łóżku. Teraz są wezwania i do samobójstw, i do nagłych zgonów dzieci – mówi Artur Sierawski, nauczyciel historii w IV LO w Warszawie. Gdyby mógł wyżyć z nauczania, nie musiałby prowadzić zakładu pogrzebowego. Ale rachunek jest prosty: nauczyciel z siedmioletnim stażem, tuż przed mianowaniem, na dojazdy do szkoły spod Warszawy przy tych cenach benzyny musi mieć tysiąc złotych. Dwa tysiące na wynajęcie mieszkania. A z czego żyć?

– Nauczycielskie pensje są żałosne, dlatego jedni po zajęciach w szkole dorabiają – znajoma po lekcjach sprzedaje w sklepie odzieżowym, kolega jeździ jako taksówkarz, inni wchodzą w korepetycje, prowadzenie kursów dla maturzystów. Ale wiele osób mówi „dość”, stawia wszystko na jedną kartę, odchodzi – tłumaczy Sierawski.

Przez ostatnie trzy lata był w pierwszej grupie, teraz przesuwa się do drugiej. – Uwielbiam uczyć, ale jak długo jeszcze miałbym tak żyć? – pyta.

Rozmawiamy w poniedziałkowy wieczór, a on w pracy – ciągle ktoś dzwoni, o coś dopytuje, coś trzeba ustalić, dopiąć. Czuje, że tego dnia się nie wyśpi. A jutro tym bardziej, bo jego wtorki wyglądają tak: – Wstaję o trzeciej w nocy, jadę na giełdę po kwiaty do wieńców. Wracam, biorę szybki prysznic, jem śniadanie, jadę do szkoły, bo zaczynam lekcje o ósmej. Kończę o 14.25. Zdarza się, że już wtedy mam informację o zgonie i trzeba odebrać ciało. Rodzinę zmarłego zapraszam na 16. Po spotkaniu z rodziną i zaplanowaniu

pogrzebu pomagam przy robieniu wieńców. A czasami jest

kolejne zgłoszenie, więc jadę po ciało. Później nadrabianie papierkowej roboty, sprawdzanie klasówek, przygotowanie się do lekcji. Obiad jem wieczorem, gdy inni już jedzą kolację. Idę spać o północy, a o trzeciej znów na giełdę kwiatową, o ósmej lekcje – mówi Sierawski. Zbliża się koniec roku szkolnego, więc gorący okres wystawiania ocen. Uprzedził uczniów, że we wrześniu zapewne już się nie zobaczą. Umowa mu wygasa z końcem sierpnia.

Czytaj też: Uczniowie mają dość szkoły Czarnka i wychodzą z niej. Mówią, że to jest jak wyjście na wolność

Młodzi się nie garną

– Szkoła nie jest już ani dobrym miejscem pracy, ani dobrym miejscem do uczenia się – mówi Leszek Olpiński z Poznania, nauczyciel fizyki, informatyki, etyki. O tym, że w nowym roku szkolnym do szkoły już nie przyjdzie, poinformował dyrekcję w listopadzie, żeby dać jej dużo czasu na znalezienie kogoś, kto go zastąpi.

– Słyszałem, że fizykę chyba poprowadzi emeryt, zgodził się, żeby dorobić. A do informatyki i etyki jeszcze nie udało się nikogo znaleźć – mówi Olpiński. W edukacji jest od 21 lat i wokół prawie już nie widzi młodszych od siebie. A starsi odchodzą, bo albo mają już wiek emerytalny, albo – tak jak on – dość. – Nauczycieli nie ma i nie będzie – mówi.

W Wielkopolsce, żeby zapełnić puste miejsca po tych, którzy w najbliższym czasie odejdą, potrzeba około 600 osób. W Warszawie około 3,4 tys. Są szkoły, w których jest po kilka wakatów, ale też takie, w których jest kilkanaście.

Mazowiecki Bank Ofert Pracy dla Nauczycieli puchnie w oczach – dziennie przybywa średnio ponad sto ofert. – Widać duży odpływ kadry ze wszystkich typów szkół, ale też jest mnóstwo odejść z przedszkoli. W dużych miastach już niemal w każdym są jakieś braki – mówi Marek Pleśniar z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej. – Nauczycielki w przedszkolach mają mniej dodatków niż w szkołach, więc zarobki jeszcze niższe, a praca niewdzięczna. Dzieci przychodzą do przedszkola z bardzo niskim poziomem samodzielności, nie umieją nawet same się załatwić. Do tego dochodzi silna presja rodziców, oczekiwanie, że będzie monitoring i menu zgodne z ich życzeniem, przy czym każdy ma inne życzenie, więc zawsze ktoś jest niezadowolony – mówi Marek Pleśniar. Nie dziwi się, że nauczycielki z przedszkoli szukają sobie innego zajęcia. – Odchodzą też nauczyciele z bibliotek, internatów. Zacznie brakować szkolnych pedagogów i psychologów, bo wielu zamiast pracować w szkole, woli otworzyć gabinet – tłumaczy.

Magda Nakielska

Magda Nakielska Fot.: Filip Miller

Atmosfera nie do zniesienia

Specjaliści Grafton Recruitment i Gi Group przeanalizowali ostatnio zarobki w firmach produkcyjnych. Z ich raportu wynika, że kierownik magazynu – w zależności od regionu – zarabia od 8,5 do 16 tys. zł brutto, a pracujący w magazynie operator wózka widłowego do 6 tys zł. Tymczasem nauczyciel, który po studiach trafia do szkoły, ma po ostatniej podwyżce niewiele ponad 3 tys. zł brutto. Każdy awans – ze stażysty na kontraktowego czy później mianowanego – oznacza trochę wyższą pensję, ale jeżeli nie ma nadgodzin i dodatków, choćby za wychowawstwo, to i tak wychodzi mniej więcej tyle, ile może zarobić pakowacz w magazynie.

– W jednej szkole przepracowałam sześć lat, w tym czasie miałam siedem umów i trzy razy zmieniali się dyrektorzy. Pierwszy obiecał, że podpisze ze mną umowę na czas nieokreślony, ale zanim podpisał, odszedł. Przyszedł drugi, obiecał, odszedł – mówi Anna, nauczycielka angielskiego i biologii z Bydgoszczy. Wylicza, że mając mianowanie i goły etat, można na rękę dostać jakieś 2,7-2,8 tys. zł. Poza niskimi zarobkami wykańczał ją brak stabilizacji, życie od umowy do umowy. – W jednym roku masz tylko etat, w drugim dołożą ci jeszcze połowę i dadzą wychowawstwo, więc zarabiasz więcej, ale w kolejnym znów tylko etat – tłumaczy Anna. Ostatnio miała etat w jednej szkole, pół etatu w drugiej.

– Dopóki nie miałam rodziny, dorabiałam, udzielając korepetycji, kończyłam pracę o 21. Ale czas na dorabianie się skończył, gdy wyszłam za mąż i urodziłam pierwsze, później drugie dziecko – mówi. Ma uprawnienia egzaminatora, cztery podyplomówki, w tym tłumaczenie z angielskiego i nauczanie polskiego jako języka obcego. Teraz, gdy w szkołach jest tyle ukraińskich dzieci, pilnie potrzebni są właśnie tacy nauczyciele. Dostała ostatnio dużo ofert z różnych szkół, śmieje się, że chętnie komuś odda, bo dla niej to już rozdział zamknięty. – Odcinam ten etap mojego życia grubą linią – mówi.

W marcu złożyła wypowiedzenie, od maja pracuje w firmie IT jako Junior Process Coordinator. Praca zdalna, osiem godzin dziennie, na początek pensja taka jak półtora etatu w szkole plus 10 proc. premii, do tego benefity, szkolenia za darmo.

Anna tłumaczy, że poza niestabilnością i kiepskimi zarobkami po stronie minusów pracy w szkole trzeba dopisać brak perspektyw. Odchodząc, była nauczycielem mianowanym na ścieżce do awansu na dyplomowanego i to byłby szczyt nauczycielskich możliwości. Dalej już nic, bo to sufit. Dochodzi się do tego sufitu, mając około czterdziestki, a później, przez 20 lat aż do emerytury, stoi w miejscu. – Pomyślałam: co z tego, że będę się starać, stresować, przygotuję się dobrze do egzaminu na nauczyciela dyplomowanego i zdam go świetnie? Co dalej? Nic – tłumaczy Anna. Do tego jeszcze ta szkolna atmosfera, która stała się nie do zniesienia.

Wolność już była

– Dyrektor w czasie lekcji podchodził pod drzwi klas i nasłuchiwał. Gdy było nauczanie zdalne, chciał, żeby nauczyciele przychodzili do szkoły, bo nie wierzył, że będąc w domu, połączymy się z uczniami i poprowadzimy lekcje. Męczył mnie ten brak zaufania, ciągła kontrola. Ze smutkiem patrzyłam, jak nauczyciele są strofowani, jak się boją, że dyrekcja wejdzie na lekcje skontrolować, czy dobrze ją prowadzą i coś się dyrekcji nie spodoba. Nauczycielki z 25-letnim stażem trzęsą się ze strachu, mają skoki ciśnienia, tak bardzo boją się oceny. Pamiętam, jak po takiej dyrektorskiej obserwacji nauczycielka usłyszała: „Lekcja przygotowana świetnie, ale coś było nie tak, nie wiem, jak to nazwać… Nie potrafię powiedzieć co, ale jednak powinno być inaczej” – mówi Anna.

– Krótko po tym, jak zacząłem pracę w szkole, weszła reforma ministra Handkego, stworzono gimnazja, dano nam wolność. Mogliśmy przekazywać uczniom to, co uważaliśmy za ważne, w taki sposób, jaki uważaliśmy za najlepszy. Powstały ścieżki międzyprzedmiotowe i ciekawe projekty edukacyjne. W końcu w systemie pojawiły się elementy nowoczesności, od której później – niestety – z każdą zmianą ministra coraz dalej odchodziliśmy – mówi Leszek Olpiński. Jest jednym z liderów inicjatywy „Protest z wykrzyknikiem!”. Brał udział w strajku nauczycieli, który nauczycielom nic nie dał, występował przeciw reformie Anny Zalewskiej, która i tak została wprowadzona. Buntował się przeciw lex Czarnek. I choć w tym przypadku bunt coś dał – lex Czarnek udało się zatrzymać – to, jak twierdzi, systemu edukacji nie naprawiło, tylko może trochę spowolniło zmiany. Kuratorzy poszerzają swoją władzę nad dyrektorami, dyrektorzy, żeby nie tłumaczyć się władzy, wolą dusić w zarodku szkolne inicjatywy, które mogłyby nie spodobać się kuratorowi.

– Atmosfera się zagęszcza, coraz więcej tematów jest traktowanych jako niebezpieczne. W nauczycielach jest coraz mniej energii i chęci, by zrobić coś ponadstandardowego – mówi Leszek Olpiński. – System się usztywnił, ma być, jak jest: oceny, podział na przedmioty, klasy, lekcje, których nie można w zależności od poruszanego tematu ani trochę skrócić, ani wydłużyć. Brakuje czasu i miejsca, by prowadzić z uczniami doświadczenia. W klasach coraz większy ścisk – wymienia Olpiński.

Leszek Olpiński

Leszek Olpiński Fot.: Wojciech Robakowski / NIEZAREJESTROWANY

W szkołach ponadpodstawowych jeszcze większy niż w podstawówkach, a od września będzie tylko gorzej. Powód? Kolejna kumulacja roczników. Najpierw, po reformie likwidującej gimnazja, do pierwszych klas liceów i techników trafili równocześnie 14-, 15- i 16-latkowie. Teraz znów będzie spiętrzenie: do pierwszych klas w tych szkołach wejdzie półtora rocznika – ci, którzy zaczynali edukację w wieku siedmiu lat, i część tych, którzy poszli, mając sześć.

– Zastanawiam się, gdzie będą mieć lekcje, bo przecież w liceach i technikach wciąż są uczniowie z tej pierwszej kumulacji – mówi Artur Sierawski. Żeby tamtych przyjąć, robiło się sale lekcyjne z szatni, stołówek. W niektórych szkołach oddawało się na to także pokoje nauczycielskie, więc teraz już nie wiadomo, jak się przygotować na wrzesień, skąd wziąć więcej sal? Skąd nauczycieli?

Z ubiegłorocznego raportu NIK dotyczącego organizacji pracy w szkołach wynika, że już wcześniej były kłopoty: nauka na dwie zmiany albo w piwnicy, na korytarzu, a przede wszystkim problemy ze znalezieniem wykwalifikowanej kadry. Najtrudniej było namówić do pracy w szkole fizyków, matematyków, nauczycieli chemii, angielskiego, informatyki.

Kto nauczy moje dzieci

– Boję się, że jak tak dalej pójdzie, to nie będzie miał kto uczyć moich dzieci – mówi Magda Nakielska z Warszawy. Ma ich troje i była nauczycielką, ale od maja już nie jest. – Każdy ma swoją granicę wytrzymałości – tłumaczy. Zaczynała, ucząc biologii i chemii, później opłaciła sobie i skończyła podyplomówkę z matematyki. Bolało ją, że w szkole brakuje pomocy naukowych. Biologii i chemii trzeba było uczyć w sali do polskiego. – Żeby uczniowie zobaczyli chociaż jakiś film z eksperymentu, coś więcej niż ilustrację z podręcznika, przynosiłam z domu laptop, z sekretariatu rzutnik. O tym, żeby uczniów zaangażować w jakiś projekt, mowy nie ma, trzeba gonić z materiałem, program jest przeładowany. Poza tym, jeśli organizować dodatkowe zajęcia – na przykład dla słabszych wyrównawcze, a dla zdolniejszych koło naukowe – to owszem, można, ale po godzinach pracy, za darmo – mówi Magda Nakielska. Rozmowy w pokoju nauczycielskim głównie o tym, że kto młody i może się przekwalifikować, powinien uciekać z nauczania.

– Na początku było 600 osób, później 3 tysiące, teraz 30 tysięcy – mówi Violetta Kalka, polonistka z Torunia, założycielka grupy wsparcia na Facebooku „Nauczyciel zmienia zawód”. Grupa działa od trzech lat i widać, jak w tym czasie wzbierały fale chcących rzucić pracę w szkole. W pierwszej fali byli ci, którzy nie mogli znieść psującej się atmosfery, rosnącej przemocy psychicznej. – Najczęściej to przemoc ze strony dyrektorów w stosunku do nauczycieli, ale bywało już też odwrotnie. Zdarzały się również przypadki mobbingu koleżeńskiego – mówi Violetta Kalka.

Druga fala wezbrała po nauczycielskim strajku. – Wtedy przekonaliśmy się, jaki stosunek ma do nas społeczeństwo. Hejt, który się na nas wylał, sprawił, że oczy nam się otworzyły, przekonaliśmy się, że w zasadzie dla społeczeństwa niewiele znaczymy. To, co na swój temat czytaliśmy, załamało nawet tych najlepszych. I właśnie najlepsi zaczęli wtedy myśleć o odejściu. Nie najsłabsi, którzy wolą nic nie zmieniać, boją się, że sobie nie poradzą. Tylko najlepsi, najbardziej kreatywni, którzy wszędzie sobie świetnie poradzą. Teraz doszedł jeszcze jeden powód, by odejść: pieniądze. I ta fala, która wzbiera teraz, może być największa. Oczekuje się, że każdy nauczyciel będzie przedmiotowcem i wychowawcą, pedagogiem i psychologiem, organizatorem imprez, pilotem wycieczek, reżyserem szkolnych teatrów. A to wszystko za żałośnie niską pensję i przy ciągle rosnących wymaganiach oraz ingerencji z każdej strony i już niemal w każdej sprawie – tłumaczy. Jak nie ingeruje kurator, to dyrektor, jak nie dyrektor, to rodzice.

– Chcą wpływać nie tylko na to, co jest podawane w stołówce, ale na omawiane lektury, na wystawiane oceny. Dlaczego dziecko otrzymało trójkę, a nie czwórkę? Rodzic prosi o natychmiastowe pisemne uzasadnienie! A dzieci w klasie trzydziestka i codziennie po lekcjach nauczyciel ma siadać, każdemu z rodziców opisywać, dlaczego postawił ocenę niższą, niż rodzic by chciał? Nauczyciele mają tego dość. A także tego, że w zasadzie utrzymują system oświaty. Już nie tylko zdarza się, że gdy jakieś dziecko w klasie nie ma kredek czy plasteliny, to nauczyciel mu kupi. Kupują papier do kserowania materiałów, drukują dyplomy, kupują nagrody na koniec roku. W nauczycielskich domach są później z tego powodu napięcia, bo płace tak niskie, że brakuje na życie, a tu jeszcze takie wydatki – mówi Violetta Kalka.

– Ponieważ mój mąż dobrze zarabia, najpierw jakoś znosiłam to, że moja pensja wystarcza akurat na spłatę raty naszego kredytu mieszkaniowego – mówi Magda Nakielska. To, co przelało czarę goryczy i sprawiło, że złożyła wypowiedzenie, to podwyżka stóp procentowych. – Kredyt wzrósł o tysiąc złotych. A moja pensja, gdybym została w szkole i za jakieś trzy lata awansowała na nauczyciela mianowanego, wzrosłaby o 100 zł brutto – tłumaczy.

Od maja pracuje jako asystentka badań klinicznych.

Leszek Olpiński planuje zostać w edukacji, ale już nie w tym systemie – chce stworzyć szkołę alternatywną, która w myśl prawa oświatowego w ogóle szkołą nie będzie.

Artur Sierawski poza tym, że prowadzi zakład pogrzebowy, uruchomił prywatne przedszkole i żłobek. – Wiem, jak działa system edukacji i wiem, jakich błędów nie popełniać – tłumaczy. Chce mieć dobry zespół. I już na własnej skórze poczuł, jak trudno znaleźć nauczycieli. Zdecydowanie więcej chętnych było do pracy w zakładzie pogrzebowym.

Współpraca Natalia Fabisiak

Czytaj też: Opowiem wam, z perspektywy matki, jak zapowiedzi ministra Czarnka wyglądają w praktyce