Poland
This article was added by the user . TheWorldNews is not responsible for the content of the platform.

Mateusz Bogaty. Dlaczego powinniśmy poznać majątek Morawieckich

Gdyby Mateusz Morawiecki był człowiekiem uczciwym, powiedziałby po prostu, że mają łącznie z żoną tyle a tyle milionów, ale prowadzeniem interesów zajmuje się głównie żona, bo on teraz nie ma na to czasu.

Do debaty publicznej powrócił w ostatnich dniach temat ukrywanego stanu majątku małżeństwa Mateusza i Iwony Morawieckich. Dziennikarz Onetu Jacek Harłukowicz ustalił, że przez ręce Morawieckich w ostatnich latach przeszły nieruchomości warte prawie 120 mln zł. A premier miał osobiście uczestniczyć w zarządzaniu majątkiem należącym formalnie do żony. Onet pokazał dokumenty, zdobył też zdjęcia działek, mieszkań oraz domów.

Finanse premiera Mateusza Morawieckiego są tyleż obfite, co nieprzejrzyste. Tego, że jest milionerem, bynajmniej nie ukrywa, lecz szczegółów uparcie nam skąpi. Podobnie jak wyjaśnień w takich podejrzanych kwestiach, jak przepisywanie w 2013 r. znacznych elementów majątku na żonę oraz działkowe interesy z wrocławską parafią, dzięki którym kupione w 2002 r. za 700 tys. zł parcele mogły zostać po 19 latach sprzedane przez żonę premiera z przebiciem 2,1 tys. proc. I nie jest to bynajmniej jedyny cud nad kontami bankowymi małżeństwa Morawickich. Głowy do interesów z pewnością mają Morawieccy tęgie. Jednym się to podoba, innym wręcz przeciwnie. Których jest więcej?

Podejrzane interesy z Kościołem

Największe dziennikarskie śledztwo w sprawie Morawieckiego przeprowadził niezmordowany Tomasz Piątek – z jego dość przykrymi dla bohatera opowieści wynikami można zapoznać się, czytając książkę o niewyszukanym tytule „Morawiecki i jego tajemnice”. Zaglądaniem premierowi do garnków zajmowało się jeszcze kilku innych dziennikarzy, w tym ostatnio wspomniany Jacek Harłukowicz w Onecie oraz słynni „posłowie śledczy” Dariusz Joński i Michał Szczerba.

Robienie wysoce podejrzanych interesów z Kościołem i skompromitowanym nieżyjącym już kard. Henrykiem Gulbinowiczem nie jest zresztą akurat tym, z czego Morawiecki będzie się musiał tłumaczyć najgęściej. O wiele większą wagę mają zarzuty związane z uwikłaniami we współpracę z podejrzanymi osobnikami z Rosji. Temat ten z pewnością jeszcze powróci. Dziś jednak na tapet znów trafia sprawa majątku premiera i jego licznych nieruchomości przepisanych na żonę, która intensywnie nimi obraca. Jak wyjaśnia premier, skoro to ona się taką działalnością zajmuje, to nic dziwnego, że majątek na nią przepisał. Bardzo śmieszne. Ja też bym się zajął obrotem nieruchomościami w takich sprzyjających okolicznościach. I Pan, i Pani również.

Po co się przepisuje majątek na żonę

Premier odmawia ujawnienia majątku żony, mówiąc, że nie zmusza go to tego prawo. O dobrych obyczajach i przyzwoitości nie wspomina. A co do prawa, to gaszenie przedwyborczego pożaru, jakim było dla PiS odkrycie przez dziennikarzy w 2019 r. sprawy machinacji z kościelnymi działkami, polegało na uchwaleniu głosami PiS źle napisanej, sprzecznej z konstytucją ustawy o jawności majątków rodzin polityków, którą potem zakwestionował Trybunał Konstytucyjny, a w konsekwencji prezydent jej nie podpisał. Była to jedna z bardziej paradnych szopek parlamentarnych w wykonaniu PiS i pokaz mydlenia oczu, jakiego nie powstydziłby się zawodowy oszust.

Wszystko to jednakże na nic, skoro i tak każde dziecko wie, o co chodzi. Gdy polityk bądź biznesmen przeprowadza podział majątku ze swoim współmałżonkiem bądź przepisuje na niego składniki tego majątku, to nie czyni tego z pożądania rozkoszy wyłącznego posiadania, z dodaniem miłości do żony lub męża, którzy tej rozkoszy również chcieliby zażyć. Robi to po prostu dla ukrycia swego majątku i swych transakcji finansowych przed wzrokiem ciekawskich, przed fiskusem, przed wierzycielami i kim tam jeszcze. I nie ma nawet mowy o zaufaniu do polityka, który robi takie rzeczy. A premier Morawiecki, nieustannie nagabywany przez dziennikarzy w sprawie swego majątku, ma tylko jedną, dość głupią i bezczelną odpowiedź. Za całe wyjaśnienie ma nam służyć to, że idąc do polityki, stracił wielkie pieniądze (to znaczy te, których z powodu rządzenia nie zarobił), podczas gdy Donald Tusk wielkie pieniądze zarobił.

Żałosne i smutne to wszystko

Nawet jeśli prawdą jest, że gdyby Morawicki nie był premierem, to stałby się jeszcze bogatszy, niż jest, to bynajmniej nie zwalnia go to z moralnego i prawnego obowiązku jasnej prezentacji swojego stanu posiadania. Jego ukrywanie i zaciemnianie poprzez cesje na rzecz żony, która prowadzi interesy, jest kpiną z obyczajów państw demokratycznych nakazujących, aby osoby sprawujące władzę pokazywały, jak i ile zarabiają, niezależnie od tego, czy formalnie transakcje podpisuje żona, córka, adwokat czy kierowca.

Gdyby Morawiecki był człowiekiem uczciwym, powiedziałby po prostu, że mają łącznie z żoną tyle a tyle milionów, ale prowadzeniem interesów zajmuje się głównie żona, bo on teraz nie ma na to czasu. Powinien też zapewnić, że obrót nieruchomościami prowadzony jest przez żonę na normalnych zasadach biznesowych, bez żadnych ułatwień i dodatkowych korzyści mogących wynikać z eksponowanej funkcji premiera. No, chyba że to nieprawda i dlatego nie może nas o tym zapewnić.

A skoro sam milczy i się głupio odgryza, to tylko prowokuje dziennikarzy, aby jego i jego żony interesy tym dokładniej prześwietlili. I tak to właśnie Onet ustalił i podał do wiadomości we wspomnianym artykule, że w ciągu minionych trzech lat małżonka naszego obrońcy biednych i uciśnionych, pogromcy utuczonych na polskiej krzywdzie „mordo ty moja” biznesmenów cwaniaków nasprzedawała nieruchomości (głównie wrocławskich) na marne 21 mln zł. Na tym jednak nie koniec. Dziennikarze znaleźli dowody, że Mateusz Morawiecki osobiście pilnuje interesów, dyscyplinując swoich dłużników w sprawie płatności czynszów.

Żałosne i smutne to wszystko. W kaskadzie niekończących się afer, skandali, niewyjaśnionych tajemnic, spraw, którym prokuratury poukręcały łby, znikających świadków, przewalanych miliardów ginących bez śladu, geszefty Morawieckich są czymś drugorzędnym. Tylko że w polityce nigdy nie wiadomo, co będzie kamyczkiem poruszającym lawinę. Dziś żyjemy druzgocącą aferą wizową – pierwszą o zasięgu naprawdę międzynarodowym i wzbudzającą prawdziwe zainteresowanie opinii publicznej w całej Europie. Czy wyborcy PiS zauważą, że premier kombinator dobrze pasuje do obrazka, na którym dygnitarze rządowi patronują handlowi polskimi wizami? Czy ten obrazek powstrzyma ich od głosowania na partię rządzącą? Oby tak się stało.