Poland
This article was added by the user . TheWorldNews is not responsible for the content of the platform.

Aktor do zadań specjalnych i antycelebryta. Lichota porywa w "Znachorze", ale sławę dały mu seriale


Obecnie zachwyca jako Rafał Wilczur w nowym "Znachorze", ale chyba nikt – nawet największy fan wersji z Jerzym Bińczyckim – nie miał wątpliwości, że co jak co, ale Leszek Lichota nie zawiedzie. To jeden z najlepszych aktorów swojego pokolenia nad Wisłą (a zaczynał w popularnych TVN-owskich serialach), chociaż wciąż niedoceniany tak, jak powinien. Lichota nie lubi za dużo gadać o swoim życiu prywatnym, nie znosi blichtru i showbiznesu, zawsze mówi, co myśli. A aktorstwo? Nie jest jego misją, zawsze ma plan B, jak... snooker i glamping.

Chcesz czytać naTemat.pl bez reklam i personalizować portal? Załóż konto 'Twoje naTemat'
  • Leszek Lichota to profesor Rafał Wilczur / Antoni Kosiba w "Znachorze" Netfliksa w reżyserii Michała Gazdy
  • Wcześniej Wilczura grało dwóch innych aktorów: Kazimierz Junosza-Stępowski w wersji z 1937 r. oraz Jerzy Bińczycki w kultowym "Znachorze" z 1982 r.
  • Urodzony w Wałbrzychu aktor popularność zawdzięcza licznym serialom ("Na Wspólnej", "Prawo Agaty", "Wataha", "Zachowaj spokój"), ale Lichota ma na koncie również filmy jak "Lincz", "Karbala", "Boże Ciało" czy "Bo we mnie jest seks"
  • 46-letni Leszek Lichota to jeden z najzdolniejszych polskich aktorów, ale nie jest celebrytą i strzeże prywatności
  • Prywatnie od 20 lat jest związany z Iloną Wrońską ("Na Wspólnej"), z którą ma dwoje dzieci. Razem prowadzą glamping w Beskidach, a aktor jest wielkim fanem gry w snookera

Film Michała Gazdy na podstawie scenariusza Marcina Baczyńskiego i Mariusza Kuczewskiego to już trzecia ekranizacja "Znachora" Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z 1937 roku. Wcześniej powstały dwa filmy: wersja w reżyserii Michała Waszyńskiego oraz ta najsłynniejsza adaptacja Jerzego Hoffmana, która miała premierę w 1982 roku. W pierwszej w profesora Rafała Wilczura wcielił się Kazimierz Junosza-Stępowski, w drugiej Jerzy Bińczycki, a teraz rolę tę przejął Leszek Lichota.

– Jestem z pokolenia, które wyrosło na historii profesora Wilczura. Bardzo się cieszę, że mogłem wcielić się w tak istotną postać dla polskiej kultury. Filmy kostiumowe są zawsze wyzwaniem, ale myślę, że reżyser i cała ekipa wspaniale odzwierciedlili estetykę lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Świata, w którym liczył się honor, etos pracy, empatia i romantyczna miłość – mówił kilka miesięcy przed premierą 46-letni aktor.

Lichota z pewnością miał obawy. Wcielenie się w tak kultową postać, która dla całych pokoleń Polaków ma twarz Jerzego Bińczyckiego, to niezłe wyzwanie i spora odwaga. Ale jak na początku tego roku, tuż po zapowiedzi "Znachora" Netfliksa, ocenił Bartosz Godziński z Działu Kultura naTemat: "po tym, co pokazał w m.in. "Watasze" od HBO i wielu innych filmach i serialach, możemy być spokojni o jego wcielenie profesora Rafała Wilczura". I miał rację.

Lichota jest w roli Wilczura (i Antoniego Kosiby), uznanego warszawskiego lekarza, który po utracie pamięci zostaje włóczęgą, doskonały. Za swoje kreacje zbiera pochwały i od widzów, i od krytyków, a po premierze filmu w Teatrze Narodowym dostał owacje na stojąco. Zachwycił też recenzenta naTemat.

Jak wypadł sam Leszek Lichota w roli tytułowej? Cóż, tak jak można było się spodziewać – doskonale i nie wyobrażam sobie żadnego innego, nieopatrzonego aktora w podobnym wieku, który by pasował do tej roli, a także ją udźwignął. Przymykając ucho na to, że za często kazano mu powtarzać: "Nie wiem, nie pamiętam" (ale to akurat dosłowny cytat z książki), to bije od niego dobroć, smutek i angażuje nas w tę opowieść. Nawet jeśli doskonale wiemy, jak się zakończy. Co nie znaczy, że twórcy nie przygotowali niespodzianek.Bartosz Godzińskirecenzja "Znachora" w naTemat

Ale skąd właściwie, mówiąc brzydko, wziął się Leszek Lichota, człowiek, który odświeżył Polakom profesora Rafała Wilczura?

Leszek Lichota pochodzi z Wałbrzycha. Jako nastolatek stracił ojca

Urodził się w 1977 roku w Wałbrzychu na Dolnym Śląsku. W wieku 14 lat przeżył tragedię: zmarł jego ojciec. Wspomniał o tym w 2014 roku w zabawie na Facebooku polegającej na wymienieniu tytułów 10 książek, które zmieniły jego życie: wskazał wówczas podręcznik do historii dla ósmej klasy szkoły podstawowej.

"Zapomniałem jej spakować wieczorem do plecaka i rano, wchodząc po nią do pokoju, znalazłem mojego martwego ojca" – wyznał. Jego tata był z zawodu ślusarzem, w wywiadzie w "Twoim Stylu" w 2021 roku Lichota wspominał go słowami: "Żył w kompletnie innych czasach, nie było wtedy zbyt dużych perspektyw rozwoju. Pamiętam, że siedział po prostu na ogródkach działkowych, rżnął w karty z kolegami, pili wódeczkę i to była cała ich rozrywka".

Mimo śmierci ojca w tak młodym wieku Lichota "dzisiaj, po latach, nie czuje, że czegoś nie dostał". – Matka przejęła w zasadzie wszystkie ojcowskie obowiązki, choć bracia też oczywiście musieli się wykazać. Byłem trochę za młody, żeby to wszystko dostrzec – przyznał niedawno w "Wyborczej".

To właśnie braciom wiele zawdzięcza, zawsze mieli dobry kontakt. Jeden urodził się dziesięć lat wcześniej. Drugi – pięć i to on, jak opowiadał gwiazdor "Znachora": "pchał (go) przez harcerstwo, w którym uczestniczył, na wyprawy, łażenie po górach, eksplorowanie dziwnych, niebezpiecznych miejsc". Był dla niego przez kilka lat "wyznacznikiem faceta".

Na początku Lichota wcale nie wybrał aktorstwa. Uczył się w szkole hotelarskiej w rodzinnym Wałbrzychu, ale miał wiele pomysłów na życie: handel używanymi samochodami, boks, piłka nożna, narty. W końcu postanowił zdawać do Szkoły Teatralnej w Warszawie. Co na to jego mama?

– (...) Zawsze miałem dostęp do (...) wolności, nie musiałem się o nią drapać, więc też nie musiałem się buntować. I to zasługa mamy i jej metod wychowawczych, tej wolności, którą nam dała, co było bardzo mądre (...). Wybrała wspieranie, ale nie narzucanie swojego zdania. Nawet przy wyborze zawodu i szkoły nigdy nie usłyszałem: "Może coś innego?", tylko: "No dobra, jeżeli uważasz, że to jest to, to rób". Jak sobie teraz o tym myślę, to co to był za szalony pomysł, żeby chłopak z Wałbrzycha poszedł do szkoły aktorskiej? – mówił w "Wyborczej".

Do Szkoły Teatralnej w Warszawie nie zdał za pierwszym razem, ale się nie poddał

Pojechał do stolicy i... poległ.

– Za pierwszym razem nie zdałem. Poszedłem na egzamin (do Szkoły Teatralnej – red.), kompletnie nie wiedząc, z czym to się je. Sięgnąłem po jakąś pierwszą z brzegu książkę na półce w pokoju, akurat był to Molier, którego nawet nie przeczytałem, tylko otworzyłem na jakimś dłuższym fragmencie i stwierdziłem, że nada się na monolog. Nauczyłem się go trochę na pamięć, ale tylko trochę, bo myliłem na przykład cygaro z papierosem, i poszedłem na egzamin z tym jednym tekstem. No i natychmiast zostałem wywalony za drzwi – opowiadał po latach.

Ale się nie poddał. Wyjechał do Krakowa specjalnie, aby uczyć się w Lart studiO, policealnej szkole aktorskiej, która przygotowywała do egzaminów. Minęło pół roku, zanim odważył się stanąć tam na scenie, bo nie grzeszył pewnością siebie ("Jako dzieciak byłem – i to pewnie gdzieś zostaje – zakompleksionym chłopakiem. Wszystkie fajne dziewczyny wiązały się z moimi kumplami. Zawsze byłem z boku, zawsze za duży, zawsze za gruby"). Ale do warszawskiej Szkoły Teatralnej się dostał.

Potem był teatr, w 2002 roku, i kolejna przeprowadzka: tym razem do Poznania, bo Lichota związał się z tamtejszym Teatrem Polskim. Ale początków na poznańskiej scenie wcale nie wspomina dobrze. W "Twoim Stylu" przyznał, że była to dla niego banicja. Debiut teatralny – w "Hamlecie Wtórym" – był porażką.

– Nie potrafiłem w tym tekście znaleźć czegoś specjalnego, a bardzo chciałem błyszczeć, więc wydawało mi się, że im głupsze rzeczy będę robił, tym lepiej. Mówię o czystej głupocie. To była polska woltyżerka w najgorszym rozumieniu tego słowa. Nie mogę nawet powiedzieć: "Kurczę, zrobiłem coś dobrze, a ludzie mnie nie zrozumieli", bo sam nie wiedziałem, co robię. Po premierze usłyszałem od reżysera: "Dlaczego pan to tak spier*****?" – przyznał z rozbrajającą szczerością w "Twoim Stylu".

W Teatrze Polskim w Poznaniu został do 2006 roku, na jego deskach zagrał m.in. w "Płatonowie" Piotra Kruszczyńskiego i "Terroryzmie" Pawła Łysaka. Ale jeszcze wcześniej był serial.

Leszek Lichota zaczynał w serialach. To nie tylko "Na Wspólnej", "Prawo Agaty" i "Wataha"

Już wcześniej miał małe rólki w serialach i filmach, ale przełomem było "Na Wspólnej", emitowana do dziś telenowela TVN. Zagrał Grzegorza Ziębę, "prostego chłopaka", partnera Żanety (Anna Guzik) i szybko stał się ulubieńcem widzów. W serialu grał aż sześć lat, na planie poznał swoją obecną partnerkę, Ilonę Wrońską, serialową Kingę Brzozowską.

W 2009 roku postanowił odejść. Jego ukochana zaszła w ciążę, Lichota czuł, że pora na nowe. Ale strach był, bo jak ocenił kilka lat temu w "Party", to było "zagranie va banque". – (...) Przyznaję, że przy podejmowaniu tej decyzji nie towarzyszyły mi komfortowe uczucia. Założyłem sobie wtedy czarny scenariusz, czyli przygotowałem się na to, że co najmniej dwa lata będę bez pracy. Na szczęście po roku zadzwonił telefon – mówił Lichota.

Jednak aktor nie żałuje tej decyzji. – (...) Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy lat, wiem, że to był odpowiedni ruch w odpowiednim czasie. Trzeba żyć w zgodzie ze sobą. Jak coś ci nie sprawia przyjemności, a już zwłaszcza w tym zawodzie, to albo zmieniasz zawód, albo dajesz sobie szansę na robienie czegoś innego. Czasami musisz po prostu coś zakończyć, otworzyć szeroko okna i dać szansę światu na przyjście nowego – przyznał w "Twoim Stylu".

Ten telefon, o którym wspomniał Lichota, był najprawdopodobniej od Krzysztofa Łukaszewicza, reżysera "Linczu", który pisał jedną z ról, Adama Grada, z myślą właśnie o nim. Kreacja w filmie o głośnym samosądzie we wsi Włodowo na Mazurach to jedna z najlepszych ról Leszka Lichoty. Sam mówił o niej w "Twoim Stylu": "'Lincz' to nie był jakiś nieprawdopodobny sukces komercyjny, ale w środowisku ten film zaistniał. (...) A potem to już jakoś tak poszło...".

Lichota pokazał swój wielki talent, a "Lincz" otworzył mu drogę do filmów, bo na dużym ekranie grał też w: "Karbali", "7 rzeczach, których nie wiecie o facetach", "Lokatorce", nominowanym do Oscara "Bożym Ciele", "Bo we mnie jest seks", "Świętym".

Ale to serialom Lichota zawdzięcza najwięcej. Ich lista jest imponująca: "Egzamin z życia", "Odwróceni", "Glina", "Kryminalni", "Czas honoru", "39 i pół", "Apetyt na życie", "Osaczony", "Kruk. Czorny woron nie śpi", "Zachowaj spokój", "Wielka woda"... Ale po "Na Wspólnej" jeszcze dwa były w jego karierze szczególnie ważne.

Najpierw "Prawo Agaty", w którym od 2012 roku przez trzy lata grał obok Agnieszki Dygant jedną z głównych ról: adwokata Marka Dębskiego. Hit TVN przypomniał o Lichocie szerszej publiczności i ugruntował jego popularność. Jednak to "Wataha", znakomity serial HBO z 2014 roku, uświadomiła Polsce, że to wielki talent, aktor, który żadnej roli się nie boi.

Lichota zagrał we wszystkich trzech sezonach serialu Wiktora Rebrowa, pogranicznika w Bieszczadach, któremu pewnego dnia sypie się życie. Bohater zostaje uwikłany w intrygę, z której musi się wyplątać, ale nie jest łatwo, bo ta sięga szczytów polskich służb. Po "Watasze", w której Lichota był absolutnie genialny, nikt raczej nie miał już żadnych wątpliwości: to aktor przez wielkie "A".

Leszek Lichota i Ilona Wrońska są razem od 20 lat. Prowadzą razem glamping w Beskidach

Sam jednak broniłby się raczej przed tym sformułowaniem rękami i nogami. – Nigdy nie uważałem, żeby zawód aktora był zawodem misyjnym. Pompowanie ego nie ma nic wspólnego ze świadomością własnych umiejętności. To naturalne, że w miarę zdobywania doświadczenia aktor jest coraz pewniejszy tego, co robi. Jeśli jednak miałbym wyjść na scenę tylko po to, żeby pokazać wszystkim, jak świetnie się czuję, to mijałoby się to z sensem tego, co robię – powiedział kiedyś.

Lichota nie "czuje potrzeby dzielenia się swoim życiem", wywiadów udziela tylko wtedy, kiedy musi – to samo tyczy się ścianek i czerwonych dywanów. Mówi co myśli, nie owija w bawełnę, wydaje się szorstki (wcale nie w negatywnym tego słowa znaczeniu) i konkretny. Jak przyznał, "empatię trzyma dla rodziny". To nie typ ani aktora przekonanego o własnej wyjątkowości, ani celebryty. Zresztą trzyma dystans z konkretnego powodu.

– Jako widz uważam, że im mniej wiem o aktorze, tym bardziej mu później wierzę, gdy udaje kogoś innego. Bo jeżeli wyskakuje z każdych mediów i widzę, że macha do mnie, bo chce się przypodobać, a potem gra jakąś poważną rolę roztrzęsionej osoby bądź kogoś mocno skaleczonego przez życie, a chwalił się wcześniej swoimi samochodami, domami, to ja takiemu panu czy pani już nie wierzę – stwierdził w "Twoim Stylu".

Lichota twardo stąpa po ziemi, nie traktuje aktorstwa jako jednej, jedynej ścieżki. Prowadził klub Wkręt w Warszawie, miał burgerownię na Powiślu, teraz prowadzi ze swoją partnerką glamping w Jaśliskach w Beskidach. Wszystko (nie tylko) z roztropności.

– Przecież wystarczy wypadek i mnie nie ma. A sława, jak mówią, na pstrym koniu jeździ, może to wszystko skończyć się za pięć minut. Moja przydatność może się skończyć. Jest mnóstwo aktorów, którzy fajnie grali i byli lubiani, i już o nich nie słyszymy. Może się źle starzeją, może brukowce coś o nich napisały, może ktoś powiedział "z tym panem albo z tą panią lepiej nie". To zawsze może się zdarzyć, więc lepiej mieć alternatywę i nie wylądować w domu aktora – przyznał bez ogródek w "Wyborczej".

Co oprócz pracy? Dwoje nastoletnich dzieci z Iloną Wrońską, z którą nie wziął ślubu, bo nie widzą takiej potrzeby (ich córka i syn nie chodzą do szkoły i są uczeni w domu); dom w Józefowie pod Warszawą; snooker, który jest jego sportową pasją. Proste życie, bo jak wyznał: "Po knajpach nie chodzę. Jak mogę, to jadę na nasz glamping ptaków posłuchać".

Przez pracę nad "Znachorem" raczej nie miał pewnie na to czasu. Ale opłaciło się: oto nasz profesor Rafał Wilczur, który w końcu może wejść do pierwszej ligi polskich aktorów. Bo Lichocie się to zwyczajnie należy.